sobota, 19 sierpnia 2017

First steps

     Nasza historia zaczęła się niedawno, mojego P poznałam.. Nie. To nie będzie historia od początku do końca. Zacznę od momentu kiedy nadeszła TA chwila, czyli od chwili kiedy zadzwonił i powiedział: Kochanie, przyjęli mnie!
     Ile z Was zna uczucie, kiedy wiecie, że powinniście się cieszyć ale macie ochotę zakopać się pod kołdrę, z toną lodów i chusteczkami, bo jedyne co widzicie to rozmazany obraz od łez? Ja dogłębnie wtedy poznałam to uczucie. Nie umiałam się cieszyć. Co ze mnie za człowiek? Moja największa miłość spełnia swoje marzenie, a ja jedynie chcę się pogrążyć w otchłani rozpaczy. KA-TA-STRO-FA! Oczywiście, zacisnęłam pięści, powiedziałam: "Super, gratuluje!", a potem poszłam pod kołdrę, z chusteczkami, lodów niestety nie miałam.
     Wieczorem odebrałam Go z lotniska. Myślę, że wyczuł mój "entuzjazm". Chociaż, nie uwłaczając mężczyznom, mógł też nie zdawać sobie z niczego sprawy. Ja, nieco zamknięta w sobie, tłumiłam wszystkie myśli, niewiadome - o tak, miałam pełno pytań i oczywiście sama snułam w swojej głowie wszelkie ideologie, że pewnie teraz to już będzie koniec, znowu zostanę sama. Jasne, łatwiej byłoby po prostu Go zapytać, jak to teraz będzie wyglądało. Z czasem naprawdę nie wiem, co mną niekiedy kieruje...i wiecie co, zapytałam, ale kilka dni później.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz